Dobry wieczór! Kiedy byłem mały, bardzo mały, rodzice kupili radioodbiornik. Miał piękne klawisze. W kolorze kości słoniowej, a między nimi było kilka czarnych klawiszy. Nie mógł mi się skojarzyć z fortepianem, pianinami i jakimiś takiego Hammondami, bo w ogóle nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. W ogóle o świecie wiedziałem niewiele. W ogóle nic nie wiedziałem. Rzuciłem się na te klawisze. Nigdy nie zapomnę tej twórczej pasji. Radości z uderzania w klawisze. Byłem pianistą. Jakimś Chopinem, Tatumem lub Jimmy Smithem. I wtedy zbyt nagle zabrano mi instrument. Brutalnie oderwano mnie od klawiatury. Żebym jej nie zepsuł, mówiono. Radio ustawiono wysoko na szafie, tak bym nie mógł sięgnąć. Pamiętam jak stałem pod tą szafą i patrzyłem do góry tęskniąc za dotykiem tych gładkich klawiszy. Czuł ból, którego i dziś nie potrafię opisać. Pewnego dnia przestałem patrzeć na to radio na szafie. Tego dnia umarła we mnie dusza wirtuoza. Dobrej nocy.
(krawat: TM Lewin)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. M. Lewin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. M. Lewin. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 czerwca 2014
wtorek, 5 lutego 2013
1012 krawat, 1012 dzień, 5/02/13
Dzień dobry! Wczoraj przeczytałem o pluskwach gryzących w I klasie pociągu z Poznania do Warszawy. I coś mi się przypomniało.
Pod koniec studiów dużo jeździłem po Polsce. Pociągi były brudne, więc nic dziwnego, że pewnego dnia po raz pierwszy w moim życiu na powiekach pojawiły mi się jęczmienie. Było ich ponad 30. Tak po 7-9 na jedną powiekę. Ból potworny. Gorączka. Na oczy nie widziałem. Oczywiście, działo się to w jakieś dni wolne, więc trudno było o wizytę u okulisty.
Kolega ze studiów, Jarek Duda, obecny wiceminister pracy, zaproponował, że zawiezie mnie na ostry dyżur. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, co by ludzi nie wystraszać, i ruszyliśmy.
W szpitalu było pusto. Wpuszczono nas do gabinetu. Szatniarka, bardzo zainteresowana moim zdrowiem, usiadła za biurkiem lekarza.
Po kilku minutach usłyszałem, że zbliża się pan doktor. Stanął ode mnie tak z półtora metra. Przez krótką chwilę popatrzył.
- Niech pan pójdzie do lekarza - powiedział tylko i szybko opuścił gabinet.
Po jego wyjściu w gabinecie zapanowała cisza.
- Panie - usłyszałem po chwili zza biurka głos szatniarki - na takie przypadki to tylko ciepły suchy okład. No, i koniecznie musi pan pójść do lekarza. Nie wolno zwlekać. Z oczami nie ma żartów.
Miłego dnia.
z cyklu: Ludzie, których spotkałem
(krawat: T.M. Lewin)
piątek, 25 maja 2012
756 krawat, 756 dzień, 25/05/12
Dzień dobry! „Idźcie i wiążcie krawaty” - krawaty już nie trafiają pod strzechy. Stały się teraz chyba częścią kultury wyższej. Wczoraj miałem przemiłe spotkanie w bibliotece pod hasłem „Z krawatem na co dzień”. Publiczność dopisała, w zdecydowanej większości była bardzo, bardzo młoda i kobieca. Panie i dziewczęta chciały też opanować (i mam nadzieję opanowały) sztukę wiązania krawata. Skoro krawat trafił do biblioteki, trzeba było go opanować i odczytać. Paniom z Biblioteki Mokotowskiej dziękuję za zaproszenie. Miłego dnia.z cyklu: Ludzie, których spotkałem
(krawat: T. M. Lewin)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

