czwartek, 27 czerwca 2019

3446 krawat, 3446 dzień, 26/06/19, IX rok

Dobry wieczór! Kiedy mój znajomy przyjeżdża z Paryża idziemy czasami do pewnego lokalu, który pamiętamy z naszej peerelowskiej młodości. Nawet jak jest problem ze stolikiem to starszy kelner, który też pamięta czasy PRL-u, coś dla nas znajdzie. Raz nawet przyniósł nam stolik. Siadamy. Przyjaciel zamawia tatara lub innego śledzia z kieliszkiem wódki. Ja jako znany asceta coś skromniejszego. Ostatnim razem zamówiliśmy rumsztyk. I rzeczywiście jedząc czułem, że czas zatrzymał się w miejscu. Smakował zupełnie tak samo jak w 1978 roku. Kto wtedy żył, wie o czym mówię. Czar tych wspomnień skłonił nas do ogólnych rozważań na temat gastronomii Polski Ludowej. A mój przyjaciel dokonywał intelektualnych porównań i powiązań zjedzonego rumsztyka z bryzolem. Tu muszę przypomnieć, że bryzol to wynalazek PRL-u. W światowej kuchni nie istnieje. Smakował jak podeszwa, ale być może dlatego trudno było się nim zatruć i w związku z tym był chętnie zamawiany przez konsumentów w zakładach gastronomicznych od Krasnegostawu po Babimost. Kiedy tak sobie debatowaliśmy do stolika zbliżył się nasz zaufany kelner i korzystając z tej okazji mój znajomy postanowił go wciągnąć do rozmowy.
– Czy może mi powiedzieć – zagajał – czym różni się rumsztyk od bryzola?
– Szczerze panu powiem – kelner spojrzał na nasze już puste talarze – to chuj nie rumsztyk.
I tak otrzymaliśmy jedną z najważniejszych definicji dla kuchni PRL-u. Dobranoc.

(krawat: St. Michael)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza