Dobry wieczór!
Nie lubiłem mojej wychowawczyni z podstawówki. Nawet to, że nie chciałem się uczyć grać na saksofonie, o czym skrycie marzyłem od najwcześniejszych lat, przypisuję jej. Z naszej klasy zrobiła chór szkolny, więc ciągle ćwiczyliśmy jakieś beznadziejne piosenki o radosnej szkole, by je potem odśpiewać na kolejnej akademii. Obrzydziła mi edukację muzyczną i cierpieć przez nią muszę. Ale nie o to chciałem wspominać. Ta nasza pani jak była wycieczka szkolna, to tak planowała, żebyśmy zobaczyli jak najwięcej kościołów. Wycieczka do Żelazowej Woli - nie tylko zresztą w naszej szkole - była okazją do złożenia wizyt w kościołach w Szymanowie i Niepokalanowie. W tym drugim zwiedzanie połączone z obowiązkowym oglądaniem szopki ilustrującej dzieje Polski. Nasza pani zorganizowała też oficjalnie, żadne sekretne wyjście, wyjazd całej klasy do kościoła na ulicę Rakowiecką, by obejrzeć relikwie Andrzeja Boboli. I nie była to jakaś inicjatywa jednorazowa, bo wcześniej moja starsza siostra uczestniczyła w takiej samej wyprawie. Działo się w drugiej połowie lat 60. XX wieku podczas rządów Władysława Gomułki. Nikt też nie chciał jej za to ze szkoły wyrzucać. Miała nawet w szkole silną pozycję. Przypomniało mi się, bo coraz częściej czytam o PRL, że był terror, dyktatura straszna, a jak rozmawiam z młodszymi to oni są przekonani, że zastraszeni musieliśmy skradać się pod ścianami. Tłumaczę więc, że totalitaryzm to bardziej skomplikowane zjawisko i w takim PRL różne dziwne rzeczy się działy.
Dobranoc.
(krawat: no name, Wallace & Gromit, usunięta metka)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz