Mera przypominała lwicę. I w umaszczeniu, i w dziwnej, nietypowej dla psa, kociej sylwetce. Była mieszańcem doga niemieckiego i charta irlandzkiego, choć natura sprawiła, że była trochę, ciut niższa. Ponieważ suce dali środki na spędzenie płodu, na świat przyszła jako jedynaczka. Wrzucono ją do obory, skąd jako trzymiesięczne szczenię trafiła do mnie. Od tamtej pory uważała krowy za większe od siebie psy i darzyła je wielką sympatią, choć krasule raczej bojaźliwie przyjmowały jej zachęty do zabawy.
Mera miała taką ulubioną zabawę z moim synem. Skradała się powoli i od tyłu ściągała z głowy czapkę. Nie niszczyła jej, po prostu lubiła z zaskoczenia ściągnąć ją z głowy. Niestety, próbowała do tej zabawy włączyć inne dzieci, co nie podobało się większości rodziców. Kiedyś podkradła się na placu zabaw do chłopca i zdjęła mu czapkę, kiedy to zobaczyły inne dzieci, natychmiast zerwały z głów swoje czapki i schowały je za sobą.
W „Rzeczpospolitej”, gdzie pracowałem, koleżanka śmiała się ze mnie, że w portfelu noszę tylko zdjęcie psa. Czasami redakcję odwiedzałem z Merą, bo miłośników psów tam nie brakowało. Któregoś dnia na korytarzu jedna z koleżanek głaskała moją wielką suczkę. Nagle pojawiła się dystyngowana koleżanka, poważna publicystyka. Spojrzała na głaskającą z niechęcią: - Co to robisz, kochana? Jak ty beznadziejnie to robisz. Psa trzeba tutaj... Nad ogonem solidnie wytarmosić, wydrapać, bo sam tego nie może zrobić.
Następnie wypielęgnowaną dłonią z pięknie wylakierowanymi paznokciami pokazała nam jak się drapie psa nad ogonem. Co też wam polecam. Podrapcie tak swoje psy. Dobranoc.
(krawat: Lorenzo Cana)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz