Dobry wieczór! Wszyscy podejrzewali, że Łatka ukradłem. A naprawdę to on sam przyszedł do mnie. A zdarzyło się to w nocy z 23 na 24 grudnia 1992 roku. Wracałem w dobrym nastroju z tzw. tradycyjnego opłatka, czy jak kto woli śledzika, choć ja wolę to pierwsze określenie, bo ryb nie jadam. Właśnie w jakimś lokalu po raz ostatni podzieliłem się tym tradycyjnym opłatkiem zgodnie ze starą tradycją cudownie przemienionym w kieliszek cudownej brandy. Wyszedłem z lokalu, czułem się świetnie, uduchowiony, zapaliłem papierosa i stanąłem przy krawężniku, by zatrzymać taksówkę. Wtedy obok mnie usiadł piękny czarny, kudłaty i brodaty pies z białym krawatem. Zagadałem do niego, jak to mam w zwyczaju, w przypadku kontaktu z psami. Pies nic nie powiedział, nie chciał się ruszyć i uparł się chyba mi towarzyszyć. Rozejrzałem się wokół nie było nikogo, kto by wołał psa lub przejawiał jakiekolwiek zainteresowanie tym czworonożnym stworzeniem. Tak naprawdę byliśmy sami na Nowym Świecie w środku przedwigilijnej nocy. Pokręciliśmy się trochę, wypaliłem pewnie ze dwa papierosy i trzeba było podjąć jakąś decyzję. Ponieważ nie wiedziałem jak będzie wyglądało spotkanie z Merą, postanowiłem zawieść go do rodziców na Saską Kępę. Nasza wizyta w środku nocy spotkała się z dość umiarkowanym entuzjazmem. Syn pod dobrą datą w towarzystwie eleganckiego psa, który niewiadomo, czy był trzeźwy. Ojciec sprawiał wrażenie jakby chciał nas pogryźć. Wtedy padły po raz pierwszy sugestie, że psa musiałem ukraść. Zarzuty ponowiono podczas wieczerzy wigilijnym, której głównym tematem byliśmy ja i Łatek. Drugiego dnia świąt zadzwoniłem do Gazety Stołecznej, prowadziła taki świetny dział „Pies czeka na człowieka” (albo jakoś tam podobnie).
- To pewnie Łatek - powiedziała miła dziewczyna. - Dzwonią od rana. Podać im pana telefon?
- Podać, ale dzisiaj niech zadzwonią do rodziców.
Podczas obiadu u rodziców zadzwonili. Opisałem psa.
- To na pewno Łatek! - krzyczała do telefonu dziewczyna, a ja starałem się ją uspokoić: - Wie, pani, czy to Łatek okaże się dopiero, gdy pani go zobaczy. Nie chciałbym, żeby się pani pomyliła...
W gruncie rzeczy chciałem, żeby to nie był Łatek. Pies podobał mi się coraz bardziej, przyzwyczajałem się powoli do myśli, że może być mój.
W końcu przyjechały. Pani po czterdziestce z nastoletnią córką. Łatek rozpoznał je od razu.
- To jest pies mojego ojca - opowiadała pani. - On też mieszka na Saskiej Kępie. Chciałam, żeby w końcu przyszedł do mnie na Wigilię, bo mam nowe mieszkanie. Ojciec się bał o psa. Mówił, zgubi mi się w Śródmieściu. W końcu w tym roku się zgodził. Pech chciał, że córka wyszła do sklepu i nie domknęła drzwi, a Łatek pobiegł za nią. Szukamy go non stop czwarty dzień. Jeździliśmy do schroniska trzy razy dziennie, wywieszaliśmy ogłoszenia w całym Śródmieściu. Już straciliśmy nadzieję.
Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że starszy pan odchorował zagubienie się Łatka. Pies też przez ponad tydzień ze stresu, bo także po powrocie domu, nic nie jadł. Ale w końcu wyszła z tego taka świąteczna historia z happy endem. Dobranoc.
(krawat: Chancay Authentics, Hand woven in Peru)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz