sobota, 4 lipca 2015

1891 krawat, 1891 dzień, 4/07/15

Dobry wieczór! Przyszli do mojego mieszkania. Całą grupą. Weszli bez pardonu. Ze sto osób. Zajęli wszystkie pomieszczenia. Otworzyli drzwi między pokojami. Stawali na stole, krzesłach, zwróceni w stronę balkonu na podwórku. Kiedy wchodzili ochrona brutalnie odepchnęła mnie od drzwi i przytrzymała w przedpokoju. Na końcu do mieszkania weszła Premier E. Kopacz. Poprowadzili ją na balkon, skąd zaczęła przemawiać do ludzi na podwórku. W tym czasie uwolniony zacząłem domagać się swoich praw. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zdenerwowało mnie to i głośno komentowałem przemówienie. Naśmiewałem się i wznosiłem okrzyki przeciw. Wtedy podeszła do mnie atrakcyjna kobieta. Rozpoznałem Joannę Muchę, która bezceremonialnie wyjęła mi z marynarki portfel.
- To bezprawie! - krzyczałem, jednak Joanna Mucha zupełnie mnie lekceważyła, przeglądała zawartość portfela. Wyciągnęła dowód osobisty, który zaczęła uważnie oglądać.
- Proszę się uspokoić - powiedziała stanowczo.
- Jak mam się uspokoić, skoro spotyka mnie takie bezprawie - protestowałem.
- Możemy pana posadzić - powiedziała pani Mucha, wtedy zauważyłem, że na głowie ma milicyjną czapkę. Wówczas zrozumiałem, że to nie Mucha, ale Lodzia milicjantka, która kieruje ruchem w moim mieszkaniu. Po chwili Lodzia-Mucha ruchem głowy przywołała dwóch drabów i zostałem wyrzucony z własnego mieszkania.
Zszedłem na podwórko, gdzie niektórzy siedzieli na leżakach i opalali się. Ktoś majstrował przy samochodzie. Pod trzepakiem kilku mężczyzn piło piwo. Para zdemenciałych staruszków rzucała jakieś przedmioty w osoby znajdujące się na podwórku. Czasami udawało im się w kogoś wcelować, więc trafiony „rzucał mięsem”.
Pani Premier stała na moim balkonie i cały czas przemawiała, a ja próbowałem zwrócić uwagę stojących na podwórku, zdobyć ich poparcie i współczucie, ale spotykała mnie tylko obojętność. Wściekłość ogarniała mnie wielka. Powiedziałem sobie: „Muszę walczyć, muszę, nie mogę się poddać”.
Wtedy się obudziłem, otworzyłem i zobaczyłem twarz E. Kopacz. Słyszałem ją. Z niedowierzaniem przetarłem oczy, wstałem i wyłączyłem telewizor. Położyłem się ponownie. Upał był potworny. Zamykając powieki powiedziałem sam do siebie: „Żądam niewpuszczania do mnie polityków”.
Dobranoc.

(krawat: Alpi Arseda)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz