Dobry wieczór!
Z emigracji na razie nici, mimo dwudniowego wysiłku nie udała mi się w domu naprawa hydrauliczna. Nie mam z czym szczęścia szukać zagranicą. Na razie nie czas o myśleniu o świecie, trzeba dokończyć to czego nie udało się zrobić tutaj na miejscu. Przyjdzie więc nasz hydraulik pan M., który poza tym jest też doktorem filozofii i zna sanskryt, bo bronił się z filozofii indyjskiej. Powiedział, że naprawi, a poza tym da mi bezpłatnie kurs. Oczywiście, kurs nie z myśli Wschodu, lecz z naprawy rur.
\W czasach licealnych niechętnie odwiedzałem placówki oświatowe. Poza intensywnym życiem towarzysko-zabawowym studiowałem sobie religioznawstwo. Tak prywatnie i dla przyjemności, aż nawet poszedłem studiować na poważnie historię kościoła na wydziale teologicznym.
Po rozmowie z panem hydraulikiem przechodziłem obok kościoła św. Szczepana i zobaczyłem ludzi z herbacianymi różami. Najpierw kobiety, co przyjąłem za rzecz naturalną, a potem także mężczyzn, co mnie zaintrygowało, bowiem wszyscy wychodzili ze świątyni. Nie znam tego obrzędu. Może to jakieś święcenie róż, pomyślałem, albo jakaś święta patronka tych kwiatów. Ożywiła się we mnie dusza badacza, religioznawcy.
- Co to za święto dzisiaj? - zadałem pytanie młodemu, opalonemu mężczyźnie z różą, który wyglądał na standardowego leminga.
- Dzisiaj skończyły się dwudziestki. To była dla nas ważna tradycja.
- A co to są dwudziestki ?- dopytywałem się mając w pamięci „siódemki” (to takie dewocyjne służby specjalne założone przez kard. Wyszyńskiego).
- To nabożeństwa o dwudziestej. Bardzo dla nas ważne.
- E, będę o innej porze - próbowałem pocieszać.
- Nie o to chodzi. Ksiądz, który je zawsze prowadził odchodzi z parafii. Dzisiaj było ostatnie nabożeństwo. Będzie nam go brakować.
- A róże?
- Dał wszystkim obecnym w kościele na pożegnanie.
Na sympatię trzeba pracować do końca. Wszędzie.
Dobranoc.
(krawat: Ortal)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz