niedziela, 8 lutego 2015

1745 krawat, 1745 dzień, 8/02/15

Dobry wieczór! Wracałem z typowych niedzielnych zakupów w galerii zw. handlowej, a dokładnie z części określonej marketem budowlanym. Wiecie sami, jest awaria, jest okazja. Jak ich zobaczyłem na przystanku i od razu wydali mi się dziwni. To były dwie pary, czyli dwóch mężczyzn i dwie kobiety. One trzymały ich za ręce. Byli bardzo podobni do siebie, one i oni, więc na początku myślałem, że to bliscy krewni. Niby młodzi, a tacy bezwiekowi. Pozornie niczym się nie wyróżniali. Mogli być pracownikami supermarketu, stacji benzynowej lub pracować na poczcie. Niby normalni, ale jacyś dziwni. Niby mówili po polsku, ale jednak jakoś niezrozumiale. Nie byli pijani, ani naćpani. Każde z nich mówiło jakieś urwane zdanie, a w odpowiedzi słyszeli urwane zdanie na inny temat. Przy każdej wypowiedzi chrumkali dziwnie, chrząkali i wydawali dziwne krótkie śmiecho-piski. - Chyba widzę zombie - pomyślałem. Oni wsiedli za mną do tramwaju i później wysiedli, żeby pójść - obok mnie - do metra. Kiedy nadjechał pociąg odruchowo wybrałem luźniejszy wagon. Wszedłem do środka, za mną dwie pary zombie zablokowały drzwi, więc nie mogłem się cofnąć. A chciałem wyjść, bo w wagonie panował smród. Jechało w nim czterech wygodnie rozpartych kloszardów w typie dickensowskim. Moje zombie czuły się bardzo dobrze w tym klimacie, a ja pozostawiony sobie bez trudu znalazłem miejsce w kącie. Z torby wyjąłem swój zakup i podniosłem trochę wyżej, żeby się lepiej przyjrzeć. Główka klucza francuskiego zabłyszczała pięknie w świetle jarzeniówek. - Lubię kupować narzędzia - pomyślałem. Czułem na sobie wzrok współpasażerów. Jakiś dziwny, niespokojny. Dobranoc.

(krawat: Pierre Cardin)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz