(krawat: Marc Gibaldi)
z cyklu: Pożytki z robienia porządków
Zmiana klimatu
Ryśka Pliszkę obudził hałas telewizora. Mrużąc oczy z trudem wpatrywał się w ekran, na którym dostrzegł kilka głów ozdobionych pawimi pióropuszami. Dzięki nim szybko zorientował się, że to korespondencja z Krakowa.
— My zabić smoka! My założyć joint venture i zrobić ze smoka buty! — w telewizorze pokrzykiwał mężczyzna przebrany za konia. A zebrany wokół niego tłum półnagich mężczyzn groźnie wymachując dzidami skandował: Zabić smoka! Zrobić buty!
Hałaśliwe okrzyki przebudziły Ryśka na dobre, ale zanim wygrzebał się z łóżka pobłogosławił — jak każdego poranka — kojący chłód wielkiej płyty z betonu. To, co niegdyś uważał za przekleństwo, teraz po okazywało się być wspaniałym wynalazkiem. Powoli usiadł na łóżku i opuścił stopy dotykając nimi tchnącą zimnem cementową posadzkę. Czuł jak napływający chłód stopniowo orzeźwia jego zaspane ciało.
Świat się zmienił. Tam-tamy wyparły gazety, została tylko telewizja. Pewnie dlatego nie ma już “Trybuny Ludu”, tłumaczył sobie Rysiek. Często w myślach wracał do tamtej chwili, która tak odmieniła cały otaczający go świat. Czyniąc — przynajmniej dla niego — rzeczywistość jeszcze bardziej niepojętą.
Zgodnie z wcześniejszymi ostrzeżeniami klimatologów, którym długo nikt nie chciał dać wiary, w niezwykle krótkim czasie zmienił się klimat. A sam Rysiek niegdyś ryży blondyn, pewnego dnia obudził się — ku swemu zdumieniu — nie dość, że w tropikalnym upale, to jeszcze na dodatek okazało się, że jest Murzynem.
Rychu lubił obserwować świat i jego wszystkie kolejne przemiany. Cały dzień patrzył na świat. Siedział na balkonie, pił wódkę z manioku i przyglądał się z przerażeniem tej nowej rzeczywistości. A wokół jego bloku od świtu do wieczora trwała nerwowa krzątanina. Każdy dawał sobie radę jak tylko potrafił. Od strony świątyni księży misjonarzy co chwila podążały grupki tubylczej ludności uginając się pod ciężarem darów.
Większość sąsiadów Ryśka zaadoptowała na swoje potrzeby trawniki i place zabaw dla dzieci, które domowym sposobem przysposobiono w setki malutkich poletek. Dzisiaj, kto miał i mógł, ten zbierał ile tylko się dało warzyw i owoców. Przy trzepaku na zwiniętym w rulon dywanie siedziało trzech mężczyzn. Żywo dyskutowali paląc skręcone przez siebie liście tytoniu i popijając tanie wino ananasowe. Na balkonie obok rodzina sąsiadów na grillu piekła coś co wyglądało na jaszczurkę.
Świat wokół Ryśka zmienił się. Wystarczyło tylko spojrzeć, żeby zobaczyć jak wszędzie jest inaczej i barwniej. Wszyscy byli ubrani kolorowo, najczęściej w trykotowe koszulki z egzotycznymi napisami. Najbardziej oczy Ryśka cieszyły się jak widział skąpo ubrane kobiety. Upał zmusił je do odsłonięcia tego, co kiedyś tak skrywały podczas mrozów.
A tutaj proszę, Pliszka siedział tak jak zawsze, pił jak zawsze i patrzył jak zawsze. I dziwił się jak nigdy przedtem. W nowych warunkach nawet jego nazwisko było dziwne i egzotyczne, a starzy znajomi namawiali go, żeby zmienił sobie na Riczard Kakadu.
— Niby barwniej, a jednak ciężej, bo gorąco — z wewnętrznym smutkiem pod wieczór skonstatował Rysiek popijając kolejny łyk maniokówki.
Uważał, że takim jak on wiatr zawsze w oczy wieje. Sącząc alkohol zastanawiał się nad skomplikowanymi losami ludzkości.
— O! Choćby w takiej RPA też się klimat zmienił. — myślał sobie — Jak Biali byli Biali, to prześladowali Czarnych, a jak Czarni zostali Białymi, to nadal prześladują Czarnych.
Z butelki, którą dzierżył w prawej dłoni, wypił jeszcze jednego, solidnego łyka. Ciepły już, mocny alkohol zatrząsł całym jego ciałem. Po chwili głośno czknął.
I nagle poczuł, że wzbiera się w nim jakaś przedziwna fala. Nieokreślone uczucie, którego nijak nie mógł pojąć. A była w tym tęsknota za czymś utraconym, co już dawno przeminęło i nigdy nie powróci. Była w tym melancholia i lęk, niezaspokojone marzenie o czułości i bezradna zaduma nad życiem. To “coś” w Ryśku gwałtownie narastało, a po chwili opadało, by znów powrócić ze zdwojoną siłą. Jeszcze mocniejsze.
Intuicyjnie tylko zdawał sobie sprawę, że “coś” podobnego musieli odczuwać Czarni niewolnicy, którzy śpiewali swoje worksong na plantacjach Południa, bezrobotni w w slumsach Harlemu i uliczni bluesmani w Chicago. Czuł, że jest w tym “coś” z hymnów wznoszonych przez wiernych w kościołach Wirginii i “coś” z wojowniczych śpiewów Masajów. Ale nie potrafił tego nazwać, wiedział jednak, że dopóki to “coś” nie ujdzie z niego, nie będzie mógł niczego spokojnie zrobić. Ani spać, ani jeść, ani żyć. I nagle, nie wierząc własnym uszom, Rysiek usłyszał swój głos, który pewnie i głośno wędrował po osiedlu niosąc tęskne: — Góralu, czy ci nie żal...
Warszawa, maj 1990

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz