Dobry wieczór! Szczęśliwie nie zostałem poetą stanu wojennego, choć uniesiony emocjami coś tam popełniłem i puściłem w obieg. Tadek Winkowski chciał to nawet wydać, ale ja sugerowałem, żeby je wydrukować razem z moimi erotykami, których - uważam - wstydzić się nie musiałem. A najchętniej to te same erotyki wydać i widziałem, że Tadeusz wahał się, ale w końcu zrezygnował. A i ja nie naciskałem. To co miało być ulotne, zostało takim, zniknęło razem z chwilą, w której żyło. Szkoda tylko, że te erotyki też z czasem poginęły. Ale to też w gruncie rzeczy rzecz ulotna...
Pod koniec pamiętnego roku 1989 poproszono mnie w redakcji „Ładu”, żebym coś napisał o poezji stanu wojennego. Nie chciałem jakiejś nudnej analizy. Pragnąłem oddać emocje tamtego czasu. Postanowiłem więc napisać tekst w formie opowiadania. A inspiracją dla mnie była peerelowska powieść milicyjna. Niektórzy mówią, że powstał tekst ciekawy. Nawet ponadczasowy. Dobranoc.
(krawat: St. Mich
Wiersze z Oblężonego Miasta
Śledczy, porucznik SB, Stefan Krzywonos już dłuższy czas siedział nad zieloną kartką papieru przebitkowego. Nie wiadomo który to raz wczytywał się w napisany na niej wiersz. Nie udało się ustalić, gdzie i na jakiej maszynie został sporządzony ten tekst. Specjaliści od szyfrów głowili się nad tym już piąty dzień. Zdaniem ich szefa musiał to być najnowszy szyfr dla superagentów. Z zatrzymanego też nie było pożytku - uparcie twierdził, że wiersz napisał sam. Krzywonos szyderczo się roześmiał. Taki szyfr miałby wymyślić amator. Zresztą na poetę też nie wyglądał. - Już ja się do niego dobiorę - pomyślał i uśmiechnął się nie wiedzieć czemu do samego siebie. Tymczasem postanowił kolejny raz przeczytać wiersz.
tata Ali aresztował tatę Oli
tatę Oli to bolało - już nie boli
tata Ali jest funkcjonariuszem
i tłumaczy - „robię tylko, to, co muszę”
tata Oli robił czego robić nie powinien
i dlatego tata Oli jest winien
tata Ali mówi, że chciał władzy Oli tata
i dlatego prokurator dał mu cztery lata
teraz tata Oli siedzi i nic nie je
jak posiedzi jeszcze trochę to zmądrzeje
Gdy skończył. szybkim ruchem chwycił słuchawkę telefoniczną. Wykręcił odpowiedni numer. Czekając na połączenie nerwowo bębnił po blacie biurka.
Szybko przygotujcie mi listę skazanych na cztery lata - mówił do słuchawki. - Ale tylko tych, którzy mają córki o imieniu Ola. Do tego dajcie mi listę tych, którzy prowadzili ich sprawę. Interesują mnie tylko ci, którzy mają córki o imieniu Ala. Czekam. Pośpieszcie się, to jest bardzo pilne.
Odłozył słuchawkę. Teraz był z siebie zadowolony, domyślał się, że gdzieś nastąpił przeciek. Szybko nacisnął guzik i zdecydowanie powiedział do mikrofonu: - Przyprowadźcie mi tu Woźniaka. I już w myślach dokończył: Pogadamy sobie o poezji.
***
Andrzej lubił pracować. Tak bez opamiętania, inni padali, a on trzymał się jeszcze na nogach. Złośliwi twierdzili, że jego chęć do pracy jest ucieczką. Być może rzeczywiście chciał zapomnieć o małżeństwie. Żona odeszła od niego zabierając syna. Nie chciał się do tego przyznać, ale kochał ją nadal. Pracował by zapomnieć. Mówiono, że jest najlepszym drukarzem. Miał jeszcze jedną specjalizację - robił świetny bimber.
gdy tak siedzimy nad bimbrem
ojczyzna nam umiera
gniją w celach koledzy
wolno kręci się powielacz
Odstawił kieliszek. - Skąd tak nagle zacząłem myśleć wierszem - zaczął się zastanawiać. Był przekonany, że to nerwy nie wytrzymują.
drukujemy ulotki
o tym że jeszcze żyjemy
grozi nam za to wyrok
dziesięć lat więzienia
Nawet nie zauważył, że znowu myśli wierszem. Wypity alkohol coraz bardziej go rozlużniał. Nalał sobie jeszcze jeden kieliszek i szybkim haustem wypił go. Po chwili poczuł jak jego ciało ogarnia przyjemne ciepło.
gdzieś niedaleko patrol
jednego z nas zatrzymał
pijemy jego zdrowie
w więzieniu to mu się przyda
Odstawiając kieliszek pomyślał, że staje się cyniczny. Po czym wstał i powiedział do kolegów: - Drukujemy jeszcze cztery godziny, a później fajrant.
***
Od kilku dni czuł się nieswojo. Był napięty. Starał się swój stan lekceważyć, ale podświadomie czuł, że coś nastąpi. Nie wiedział co, nie potrafił opisać swojego lęku. Nie. Nie był przesądny. To wisiało w powietrzu. I on to czuł. A to co czuł miało futrzaną czapkę, spod której można było zauważyć wścibskie, piwne oczy i rude wąsiki. To, co czuł miało co najmniej metr osiemdziesiąt i było mężczyzną. I kiedy poczuł co się święci miał wrażenie, że w jego głowie dzwoni wawelski Zygmunt. Najgorsze, że nie wiedział jak długo tamten za nim łazi. Chaotyczne myśli przebiegały przez jego głowę. To co robił było instynktowne. Czuł się jak tropiona zwierzyna.
Zgubić ogon czujesz jego
lepki wzrok jak
zaciska się pętla terroru świat
wstrzymuje oddech teraz w bramę
szybki łyk powietrza w nim
krew śmierć popiół
Już się zaczęło nie ma już odwrotu
obejrzyj się
już nadchodzą idą w ręka w rękę
wielka trwoga i twój mały strach
***
Andrzej wszedł do kościoła. Sam nie wiedział dlaczego tu wstąpił. Nigdy nie należał do religijnych „nadgorliwców”, jak sam ich cynicznie nazywał. Zawsze denerwowały „imprezy” bogoojczyźnianie, gdy spojrzał na „stajenkę odniósł wrażenie, że bardziej ona przypomina grób. Ukląkł. Nie wiedział, czy to o czym teraz myśli to modlitwa. Uświadomił sobie jak bardzo mało wie o narodzeniu Zbawiciela.
dajemy ci 24 godziny
bez nocnych ograniczeń
w tym czasie
zobowiązany jesteś tylko
spokojnie się narodzić
i zameldować...
Rzeczywistość, którą znał i przeżywał mieszała się w głowie Andrzeja z rzeczywistością historyczną.
zanim dokonasz kontrrewolucji
chleba i wina
zanim pozwolisz się ukrzyżować
zostaniesz internowany
Przeżegnał się, wstał i wyszedł z kościoła.
***
Szedł szczęśliwy. Dzisiaj rozmawiał z Krystyną. Chciała do niego wrócić. Czuł, że ją kocha i chciał to powiedzieć wszystkim przechodniom. Ulica była jednak mu obca.
Smutno się idzie warszawską ulicą
Nawet, gdyś zakochany...
Nie znalazł nikogo z kim mógłby się podzielić swoją radością. Każdy mijany przez niego przechodzień starał się być jak najbardziej anonimowy. Szary i nijaki.
Patrzysz ukradkiem czy cię gdzie nie schwycą,
Nie powitają salwami,
Mijasz chłopaków w szarych mundurach,
To przecież swoi, mój Boże,
Kto im do ręki broń ostrą włożył!
Do kogo strzelać on każe?
Czy do stojących w kolejce ludzi,
Może do kobiet steranych?...
Tak rozmyślając doszedł do rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. Spojrzał na masywny i brzydki gmach, w którym miała swoją główną siedzibę partia komunistyczna. Na dachu, na jednym drzewcu łopotały dwie flagi: narodowa i komunistyczna.
Nie drgnęło nawet judaszowe lico,
Gdy nam nakładał kajdany.
Smutno się idzie warszawską ulica
Nawet, gdyś zakochany.
Westchnął i wmieszał się w tłum, będąc tak samo jak wszyscy szary i nijaki.
***
Obudził go ostry, gwałtowny dzwonek. I nie był to budzik, tego był pewien. Normalnie pomyślałby: - Ki czort - i szedłby do drzwi krzycząc: Zaraz! zaraz! Pali się czy co?! Ale teraz wiedział, że jest bardzo wcześnie. Za wcześnie. Dzwonek nie dawał mu spokoju. Wstał i szybko ubrał się. Do drzwi szedł jednak powoli, wiedząc, że to co nieuniknione musi nastąpić.
Nim otworzył drzwi spojrzał w wizjer.
Zawsze przychodzą we dwójkę
obojętnie czy jest to „Proces”
Franza Kafki, czy drzwi mojego domu...
Przekręcając zamek właściwie nie czuł zdenerwowania, Być może jeszcze sen go nie opuścił.
Pojedynczy policjant nie istnieje
nawet lustro nie zadaje sobie trudu
by powielić wąsatą
senną fizjonomię
Otworzył drzwi szybko, jakby ten gwałtowny ruch miał mu pomóc w niemyśleniu o tym, co go czeka.
***
Andrzej Woźniak siedział przy stole pokrytym zielonym suknem. Nad nim wisiała tablica z napisem: 10 ROCZNICA WPROWADZENIA STANU WOJENNEGO W POLSCE 1981-1991. Gdy wezwano go mównicy szedł pewnym krokiem urzędnika państwowego. Nie wiadomo, czy był bardziej zadowolony ze swojej funkcji, czy z dobrze skrojonego garnituru. Spokojnym rzeczowym głosem zaczął referować.
trudno się nie dziwić
determinacji tych ludzi
tyle dni w ciemnym szybie
a potem śmierć
nie do końca jest jasne
dlaczego tak zdecydowanie
nie chcieli
Zawiesił głos i po chwili dramatycznym tonem dokończył
aby kompanię reprezentacyjną
poprzebierać w rogatywki
Gdy skończył rozległy się oklaski. Taki wyważony referat musiał się podobać. Powoli wracał do zielonego stołu. Wracając poczuł na sobie wzrok Krystyny. Spojrzeli na siebie. Obdarzyła go pięknym uśmiechem. Pomyślał, że bardzo lubi ten uśmiech.
P.S. Postacie Andrzeja Woźniaka i por. Stefana Krzywonosa są fikcyjne. Zbieżność losów i nazwisk może być tylko przypadkowa. Tytuł jest parafrazą tytułu wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”. W teście wykorzystano utwory: Marka Mayera „Będziemy oddychać cicho”, Leszka Szarugi „Gdy tak siedzimy”, Gwidona Zlatkesa „Strach” (fragment}, autorów nieznanych „Dekret Betlejemski (fragmenty), Smutno się idzie...”, „Policjant” oraz Antoniego Pawlaka „Referat na sesji historycznej”. Wszystkie utwory zaczerpnąłem z „Antologii wierszy wojennych” (opracowanie: Inga, Jot Em, Spectator, wyd. Niezależna Oficyna Wydawnicza „NOWA”, Warszawa 1982).
Grzegorz Sieczkowski (Tygodnik „Ład”, nr 52/53 1989)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz