poniedziałek, 16 grudnia 2013

1326 krawat, 1326 dzień, 16/11/13

Dzień dobry! „Nic nie może wiecznie trwać, tak i nasza podróż dobiegła do końca...” - jak mawiał w latach 80. kierownik pociągu Warszawa-Lublin, tak i moja współpraca z paryskim tygodnikiem „Vector Polonii” dobiegła też końca. W tym tygodniu powinien ukazać się mój ostatni felieton z cyklu „Azyl klimatyczny”. Przy tej okazji przekazałem redakcji podziękowanie, które tutaj powtórzę:
„Moim Czytelnikom chciałbym podziękować za lekturę, Tomkowi Rudomino za to, że zaprosił mnie do pisania, Józefowi Rudkowi, że udostępnił mi łamy, a mojej Żonie, że mnie namówiła, bym spisał to co Jej opowiadam”.
A historii do opisania pozostało mi jeszcze sporo, więc skorzystam z okazji i specjalnie dla Czytelników bloga zamieszczam pierwszą opisaną w ramach „Azylu klimatycznego” historię.

 Jak zostałem włoskim komunistą

Nasz przyjazd na kemping do Rimini w połowie lat 70. wywołał spore zamieszanie. Ledwo rozbiliśmy namiot, a przed ojcem klęczał jakiś Włoch.
Santa Madonna! - wskazywał palcem niebo i siebie: - Communista!
Zostawiłem ojca z tym klasowym problemem i poszedłem na spacer. Nad morzem natrafiłem na rozśpiewaną grupę młodzieży. Poczęstowali mnie winem i zapytali skąd jestem.
Englese?
No. Polacco.
Communista?

Był już komunista, ci to pewnie neofaszyści, pomyślałem. Nie pękam, będzie co będzie.
Si. Communista.
Wyprężyli się na baczność, wyciągnęli pięści i odśpiewali „Bandiera Rossa”. Towarzyszki wycałowały mnie, a towarzysze pokazali swoje legitymacje Komunistycznej Partii Włoch. Miałem ze sobą legitymację szkolną, była potrzebna na granicy do kupna znaczka paszportowego. Przy mojej ich partyjne wyglądały tak marnie jak kartki na cukier przy dolarach.
Następnie doszło do zbliżenia, zacieśnienia przyjaźni oraz do gestów braterstwa, choć z mojej strony ewidentnie były to gesty skierowane w stronę włoskich proletariuszek.
Potem jak spotykałem, gdzieś na ulicy lub plaży, któregoś z towarzyszy unosiliśmy na powitanie pięści do góry. Taka rewolucyjna kurtuazja.
Przed wyjazdem poszliśmy na zakupy. W pewnej chwili zobaczyłem, że z naprzeciwka zbliża się kilkunastoosobowa grupa moich nowych znajomych. Lekko wycofałem się za plecy ojca, by nie widział, kiedy nieśmiało i dyskretnie - jakby drapiąc się w ucho - uniosłem pięść. W odpowiedzi towarzysze jak oddział szturmowy jednocześnie zasalutowali mi tym znakiem rewolucjonistów.
Widziałeś tych idiotów? - powiedział ojciec. Chyba bardziej do siebie niż do mnie.

Grzegorz Sieczkowski


(krawat: Pierre Cardin)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz